|
KUCHNIA LITERACKA
konkurs
ZAGADKI, ODPOWIEDZI, LAUREACI
ZAGADKA I - MAJ 2011 r.
SARAH-KATE LYNCH: "NIE SAMYM CHLEBEM"
(…) Wypiekanie własnego chleba na zakwasie wymagało dużo czasu. Kiedy Esme uznała, że ciasto jest wystarczająco dobrze wyrobione, zostawiała je na dwie godziny do wyrośnięcia, a potem znowu zagniatała i formowała bochenek, który wkładała do wiklinowego koszyka, wyłożonego płótnem, gdzie wolno rósł przez następne trzy godziny. W końcu wkładała go do pieca, by podać na południowy posiłek.
Ale na razie czekało ją jeszcze dużo pracy. Drugie wyrabianie ciasta sprawiało, że chleb nie był zwyczajny, tylko wyjątkowy. Ten etap Ósme najbardziej lubiła. Zapominała się w znajomym rytmie wyrabiania ciasta.
Posypała solą okrągłą kulę, leżącą przed nią, i zaczęła ją wolno ugniatana zniszczonej stolnicy. Delikatnie ją obracała, naciskała dłonią i zagarniała, zawsze w tym samym kierunku. Poczuła, jak sól szczypie ją w palce, i mocno zaczęła uciskać i zagarniać ciasto, aż stało się mniej wilgotne, nie takie lepkie, nie takie chrzęszczące, a gładsze i elastyczniejsze w dotyku. Niedoświadczeni piekarze prawdopodobnie do tej pory już dodaliby mąki, uznawszy, że ciasto zanadto przywiera do stolnicy i jest zbyt mokre, ale Esme wiedziała, że dzięki temu jej chleb ma właśnie taki wyjątkowy smak. Poczuła mrowienie w palcach, które znów znalazły się w swoim żywiole. Uciskała i zagarniała ciasto, czując jak zmienia się jego faktura.
Jak jej to poprawiało nastrój. Jak koiło niepokój, który czuła w środku. Sprawiało, że czas się cofał, lata przesuwały się po sinusoidzie czasu, uśmierzając ból i torując drogę do przeszłości, tak słodkiej i pociągającej.(…)
„Nie samym chlebem” to nostalgiczna powieść dla kobiet, historia trzydziestokilkuletniej Esme - gospodyni domowej, matki i żony. Motywem przewijającym się przez całą powieść jest chleb na zakwasie – chrupiący pain au levain, symbol poczucia bezpieczeństwa i normalności. Dla domowników codzienny rytuał pieczenia chleba jest potwierdzeniem, że w domu jest wszystko w porządku. Esme nie jest typową bohaterką powieści dla kobiet. Czytając powieść czytelnik stopniowo odkrywa tragedię, która dotknęła jej rodzinę. Wielki plus tej powieści to postacie, w tym także zwierzęta Esme - ślepa koza, kulawy osioł i obsikujący buty pies. Czytaniu powieści towarzyszy zapach świeżo upieczonego chleba.
…Miłość i pieczenie chleba to jedno. Tak samo namiętne, gorące, sycące głód. I równie łatwo się sparzyć…(Roman Pruszyński „Elle)
Sarah-Kate Lynch mieszka na południu Nowej Zelandii. Dziennikarka, która w poszukiwaniu przodków swojej matki udała się w podróż do Irlandii. Podróż ta zaowocowała napisaniem pierwszej powieści. Przygoda literacka trwa do dziś, a cechą charakterystyczną jej powieści jest leitmotiv w postaci elementu ściśle konsumpcyjnego- chleba, sera, szampana, herbaty… co powoduje u czytającego niekontrolowany apetyt na jedzenie i dalsze czytanie!
Książka dostępna jest w Bibliotece Centralnej, w Bibliotekach przy pl. Inwalidów Wojennych, ul. Okrzei, bł.Czesława, na os. Sikornik, Obrońców Pokoju, Milenium, Kopernika, Zubrzyckiego, w Sośnicy i Wilczym Gardle.
Nagrody za prawidłową odpowiedź majową wylosowały:
Małgorzata Armijos, Ewa Koślacz, Agnieszka Szalińska
ZAGADKA II - CZERWIEC 2011 r.
Elizabeth Gilbert: "Jedz, módl się i kochaj"
(…) Poszłyśmy więc z Sofie do Pizzeria da Michele i te pizze, które zamówiłyśmy – po jednej dla każdej z nas – doprowadzają nas do szaleństwa. Ja tak uwielbiam tę swoją, że w całym w tym rozgorączkowaniu zaczęłam wierzyć, że ona może odwzajemniać moje uczucie. Nawiązuję z tą pizzą bliski związek, prawie romans. Tymczasem Sofie niemal łka nad swoją, przeżywa w związku z nią metafizyczny kryzys i pyta mnie: „Po co w Sztokholmie zawracają sobie głowę robieniem pizzy? Po co w Sztokholmie w ogóle zawracają sobie głowę jedzeniem?”
Pizzeria da Michele to niewielki lokal, z dwiema salami i rozpalonym cały czas piecem. Jakiś kwadrans drogi z dworca kolejowego, w deszczu, ale nie należy zwracać na to uwagi, tylko po prostu iść. Trzeba tam być w miarę wcześnie, ponieważ później zdarza się, że brakuje im ciasta, co może złamać człowiekowi serce. Około pierwszej na ulicach wokół pizzerii tłoczą się neapolitańczycy, którzy starają się wepchnąć do środka z taką energią, jakby walczyli o miejsce w łodzi ratunkowej. Nie ma żadnego menu. Podają tu pizzę w dwóch odmianach – zwyczajną i z podwójnym serem. Żadnego tam newage’owego, wtórnego dziadostwa w stylu południowokalifornijskim, oliwki – plus – suszone – na – słońcu – pomidory. Ciasto, co stwierdzam w połowie posiłku, w smaku bardziej przypomina indyjski nan niż jakąkolwiek pizzę, którą w życiu jadłam. Jest miękkie, ciągnie się i ugina, a jednocześnie jest niewiarygodnie cienkie. Zawsze myślałam, że jeśli chodzi o ciasto pizzy, to mamy tylko taki wybór – cienkie i chrupkie albo grube i wiotkie. Skąd mogłam wiedzieć, że istnieje na świecie ciasto, które po upieczeniu jest i cienkie, i wiotkie? Wielkie nieba! Cienkie, wiotkie, mocne, kleiste, pyszne, ciągnące się, pikantne, co tu dużo mówić: pizzowy raj. (…)
ELIZABETH GILBERT urodziła się w 1969 r. w Waterbury w stanie Connecticut. WYchowywała się na farmie z drzewkami bożonarodzeniowymi. Mimo ukończenia studiów na uniwersytecie nowojorskim z tytułem licencjata z dziedziny nauk politycznych, początkowo pracowała m.in. jako kucharka, kelnerka i goniec w gazecie.
Sławę przyniosło jej wydanie książki „Jedz, módl się, kochaj”, która została też zekranizowana. Główna bohaterka książki to trzydziestokilkuletnia Liz, która po rozwodzie
i rozpadzie kolejnego związku popada w depresję. Aby na nowo odnaleźć sens w życiu, postanawia przez rok podróżować po trzech krajach: Italii, Indiach i Indonezji. Wyprawa do Włoch wiąże się z przyjemnością, do Indii – z przeżyciami religijnymi, a podróż do Indonezji scala wcześniejsze przeżycia. Pobyt na Bali staje się dla Liz najważniejszy przede wszystkim z jednego powodu: odnajduje tam nową miłość. Podczas wojaży Liz poznaje różnorodność kultur i tradycji, zaprzyjaźnia się z nowo poznanymi ludźmi, znajduje swojego duchowego guru. Ważnym elementem podróży jest odkrywanie tajników kuchni i smakowanie potraw w odwiedzanych krajach (szczególnie we Włoszech), co staje się dla głównej bohaterki duchowym przeżyciem.
Przytaczając popularne powiedzenie „podróże kształcą”, możemy dodać, że niektóre pozwalają także odnaleźć równowagę ducha, dobrą kuchnię... i nowego męża!
Książka dostępna jest w formie drukowanej oraz audiobooku w następujących filiach:
Biblioteka Centralna, Wypożyczalnia Muzyczna i Zbiorów Specjalnych, Biblioteka przy pl. Inwalidów Wojennych 3, ul. Opawskiej, Okrzei, bł. Czesława, Bernardyńskiej, Biblioteki na osiedlu Sikornik, Zubrzyckiego, Gwardii Ludowej, Milenium, Kopernika, Obrońców Pokoju, w Sośnicy, Ostropie, Wilczym Gardle i Brzezince.
Nagrody za prawidłową odpowiedź czerwcową wylosowały:
Urszula Jagielska, Sabina Stepaniuk, Kamila Zyskowska
ZAGADKA III - LIPIEC 2011 r.
Mikołaj Rej: "Żywot człowieka poczciwego"
(…) Jedno by też trzeba, kiedy czemu czas przypadnie, jako karwowi darmo nie leżeć, a nadobnie się i z żonką, i z czeladką do wszystkiego przyczynić. Bo im większy dostatek w domu będzie, tym się też będą wszyscy lepiej mieć, bo to i pożytek, i rozkosz, i krotofila. A co to jest za trudność, już kapusty, rzepy, pasternaki, pietruszki i inne rzeczy dobrze opatrzywszy, kapustki nadobnej osobno obrawszy, fasę jedną na to obróciwszy, na poły główki przekrawając, nadobnie ją ułożyć, ćwikiełką przekładać, koprzyku do niej nakłaść; tedy będzie i smaczna, i czerwona, także i rosołek z niej będzie nadobny i onymi ziółki pięknie pachnący.
Nuż też ćwikiełki w piec namiotawszy a dobrze przypiekłszy, nadobnie ochędożyć, w talerzyki nakrajać, także w faseczkę ułożyć, chrzanikiem, co nadrobniej ukrążawszy, przetrząsać, bo będzie długo trwała, także koprem włoskim, troszkę przetłukłszy, przetrząsać, a octem pokrapiać, a solą też trochę przesalać; tedy to jest tak osobny przysmak, ani twoje limunije, bo i rosołek bardzo smaczny, i sama pani ćwikła, bo już będzie i bardzo smaczna, i bardzo nadobnie pachnęła. Albo też kopru włoskiego, póki jeszcze zielony, także z gałązkami narzezać i jakoby każdą gałązkę warkoczkiem przepleść, także w faseczkę ułożyć, ocetkiem przekropić a solą po trosze przetrząsnąć, a kamieniem przyłożyć; także też to przysmak i osobny, i długo trwający może być. Albo też rydzyków nasolić, grzybków nasuszyć, a cóż to za praca? a długoż to zamieszka? Ale leniwemu niedbalcowi wszystko się trudno widzi.
Nuż też zasię azaż źle ogóreczków nasolić, także też koprzykiem a wiśniowymi albo dębowymi listki przekładać, aby były mocniejsze? Zaż też wadzi i powidełek sobie nadziałać, owoców nasuszyć, różyczek albo innych ziółek nasmażyć, wódeczek napalić? Wszystko to rozkosz a krotofila, a dom wszystkiego pełen, (…)
MIKOŁAJA REJA i jego twórczość zna prawie każdy, więc przedstawiać jej nie trzeba. Co wiemy o jego życiu prywatnym? Był zamożnym ziemianinem, posiadał rozległe dobra ziemskie od Małopolski po Halicz. Majątek powiększał przez całe życie, niejednokrotnie procesując się o granice, czynsze. Lubił spędzać czas wolny z dobrymi znajomymi przy kuflu ciemnego piwa, przedkładając je nad węgierskie i morawskie wina. Nigdy nie był za granicą, wolał bawić się i gospodarzyć we własnym majątku.
Swoje życie ziemianina opisał dokładnie w „ Żywocie człowieka poczciwego”. Rej-ziemianin wiedzie spokojne życie gospodarza w gronie rodzinnym i wśród sprawdzonych przyjaciół. Czas dzieli między pracą a rozrywkami – lekturą, muzyką, stara się o powiększenie majątku, brzydzi się awanturami, ceni sobie dobrą sławę. Jest aktywnym obywatelem, posłem sejmowym, który żadnego urzędu piastować nie zamierza, bo to znacznie ograniczyłoby jego swobodę.
Część „Gospodarstwo jesienne domowe” jest skarbnicą staropolskich przysmaków, równocześnie możemy dowiedzieć się jak je przyrządzać, jakich przypraw i ziół używać, aby uzyskać najlepszy smak. Sam Rej podkreśla, że przygotowywanie i spożywanie wszystkich tych smakołyków jest dużą przyjemnością i służy (...)„spokojnemu żywotowi człowieka poczciwego”. Może by sposobem Reja kapustkę ćwikiełką przełożyć, dodać koprzyku, pachnący rosołek na tym ugotować, ogóreczków nasolić, powidełek nasmażyć – (...)„wszystko to rozkosz a krotofila” !
Nagrody za prawidłową odpowiedź wylosowały:
Joanna Budzińska, Aldona Felkel, Kamila Szykowska
ZAGADKA IV - SIERPIEŃ 2011 r.
Marsha Mehran: "Zupa z granatów"
Czelow, czyli specjalnie gotowany ryż, to podstawa perskiej kuchni, na której tworzy się wszystkie inne główne dania. Stanowi nie tylko wyśmienity dodatek do duszonych potraw, jagnięciny z rusztu, kornwalijskich kurczaków, wołowiny czy ryb, ale można go też połączyć z najrozmaitszymi produktami, jak orzechy pistacjowe, soczewica, suszone wiśnie i fasola, otrzymując w ten sposób kompletne danie. Jednak wersją najprostszą i najpopularniejszą jest biały czelow. Ryż – każde ziarenko jak osobna perła mądrości – gotować trzeba na małym ogniu przez pół godziny, zanim uformuje się słynny tadig.
Mardżan szykowała właśnie tadig – chrupką spodnią warstwę czelowu, która zestala się w duży ryżowy placek, ociekający samą dobrocią. W głębokim garnku do zupy rozgrzała oliwę z oliwek, a gdy tłuszcz zaczął pryskać z niecierpliwości, zasypała go grubą na cal warstwą ryżu. Tadig trzeba teraz było przykryć i trzymać na wolnym ogniu przez pół godziny, zanim powstanie z niego wonny krakers, którego chrupkość wabi gości do stołu jak nic innego.
Prostota i łagodność – Mardżan z powagą kiwała głową w takt własnych myśli, zmniejszając ogień pod garnkiem ryżu. Tak należy podchodzić do każdej sytuacji, czy to w kuchni, czy w życiu. Cieszyła się, że wysłuchała rady Estelle Delmonico.
Marsha Mehran - urodzona w Teheranie, po ucieczce z Iranu zamieszkuje na przemian w USA i Irlandii. Autorka pisze felietony do polskiego czasopisma „Bluszcz”.
Pierwsza powieść Marshy Mehran „Zupa z granatów”, stała się międzynarodowym bestsellerem i została przetłumaczona na kilkanaście języków. Jest to opowieść o trzech siostrach Aminpur, które po ucieczce z ogarniętego rewolucją Iranu trafiają do małego irlandzkiego miasteczka. Straciły wszystko, próbują odbudować swoje życie w nowym środowisku. Jedynym łącznikiem pomiędzy „starym” a „nowym” światem pozostaje sporządzanie potraw według przepisów perskiej kuchni. Siostry próbują wykorzystać swoje umiejętności kulinarne, otwierając restaurację Cafe Babilon. Wydawałoby się że Irlandia to otwarty kraj, a Irlandczycy to serdeczni ludzie, nic bardziej mylnego – siostry trafiają na dystans i opór większości małomiasteczkowej społeczności. Tymczasem z restauracji docierają do mieszkańców aromatyczne zapachy potraw, przesyconych egzotycznymi przyprawami. Człowiek jest z natury ciekawski, więc i mieszkańcy podążający za kuszącymi zapachami, postanawiają sprawdzić jak smakuje jaśminowa herbata z samowara, zupa z czerwonej soczewicy czy też gulasz z jagnięciny. Smakując kuchnię irańskich sióstr, mieszkańcy mają okazję poznać je same, przekonując się że ktoś obcy, egzotyczny, jest takim samym człowiekiem poszukującym spokoju i szczęścia jak inni. Przygotowywanie potraw wywołuje u sióstr wspomnienia, pełni rolę więzi z utraconym krajem. Według podań perskich bajarzy owoc granatu (…)”to symbol płodności, nowych rzeczy, które mają przyjść, i minionych czasów, zachowanych w pamięci”. Sporządzenie przez Mardżan tytułowej zupy z granatów symbolizuje pamięć o dawnym życiu i rozpoczęcie nowego. Ta powieść to literacki i kulinarny „niezły kąsek”!
Nagrody za prawidłową odpowiedź sierpniową wylosowały:
Magdalena Matyjaszek,
Bogumiła Sieniawska,
Piotr Zawadzki
ZAGADKA V - WRZESIEŃ 2011 r.
Karen Blixen "Uczta Babette"
Przeważnie, przy dobrym posiłku, ludzie z Berlevaag odczuwali po pewnym czasie ociężałość. Ale dziś było inaczej. Biesiadnicy stawali się coraz lżejsi, im dłużej jedli i pili, i coraz lżejsze były ich serca. Już nie musieli przypominać sobie swych przyrzeczeń. Rozumieli teraz, że jeśli ktoś nie tylko zupełnie zapomni o piciu i jedzeniu, lecz stanowczo wyrzeknie się wszelkiej myśli o tym, wtedy je i pije we właściwym stanie ducha.
Generał Loewenhielm przestał jeść i siedział nieruchomo. Raz jeszcze powrócił do tej kolacji w Paryżu, o której myślał w saniach. Zjawiło się tam danie niewiarygodnie wyszukane i smakowite, a on zapytał swego współbiesiadnika, pułkownika Galliffeta, o nazwę tego. Uśmiechając się, pułkownik odpowiedział mu, że są to cailles en sarcophage. Następnie dodał, że to danie zostało stworzone przez szefa tej właśnie restauracji, w której byli teraz, osobę uznaną przez cały Paryż za największego kulinarnego geniusza epoki. Osobę, co dziwniejsze, którą była kobieta.
- Bo prawdziwie-rzekł pułkownik Galliffet- ta kobieta przeobraża kolację w Cafe Anglais w rodzaj miłosnej intrygi-miłosnej intrygi szlachetnego i romantycznego gatunku, gdzie już się zatracają różnice między cielesnym i duchowym pragnieniem i spełnieniem. Zdarzało mi się dawniej stawać do pojedynku o jakąś piękna damę. Dziś, młody przyjacielu, za żadną kobietę w Paryżu chętniej nie rozlałbym krwi.
Generał Loewenhielm zwrócił się do sąsiada z lewej i powiedział:
- Ależ to są cailles en sarcophage!
KAREN BLIXEN
Urodzona się w 1885 roku w Rungsted, w Danii tworzyła zarówno w języku duńskim jak i angielskim. Najpierw stała się popularna w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, nieco później we własnym kraju. Jest autorką kilku zbiorów opowiadań i powieści. . W 1914 r. wyjechała z mężem baronem von Blixen-Finecke do Kenii, gdzie zajmowała się uprawą kawy. Pobyt w Kenii opisała w swej najpopularniejszej książce „Pożegnanie z Afryką”. Mąż autorki znudzony życiem na farmie opuszcza ją, a Karen przeżywa romans z angielskim pilotem Denysem Finch Hattonem. W 1931 roku Hatton ginie w katastrofie lotniczej, załamuje się też rynek kawy. Zniechęcona tymi wydarzeniami, pisarka wraca do Danii.
Dużą popularnością cieszy się także jej zbiór opowiadań „Uczta Babette”. Tytułowa Babette Hersant podczas Komuny Paryskiej traci najbliższą rodzinę. Po ucieczce z Francji trafia do małej norweskiej wioski. Schronienie znajduje u dwóch sióstr - Filipy i Martiny, córek miejscowego pastora. Siostry, mimo iż miały niejednokrotnie okazję wyjechać z wioski i prowadzić zupełnie inne życie, nie zrobiły tego poświęcając się pracy z ojcem dla miejscowej społeczności. Nawet po jego śmierci nie przestają organizować spotkań dla współwyznawców. Tymczasem Babette wygrywa pieniądze na loterii, i postanawia wydać ucztę z okazji setnej rocznicy urodzin zmarłego pastora. Przygotowuje wykwintną kolację. Zasiadają do niej pobożni purytanie, dla których nieznane dotychczas potrawy są zbyt wyrafinowane i zbędne w codziennym życiu. Babette udaje się jednak poruszyć dusze biesiadników, pokazać im, że proste, „przyziemne” czynności też mogą źródłem pozytywnych, duchowych przeżyć. Zachęcamy do przygotowania posiłków „od serca” dla najbliższych, ale wcześniej koniecznie przeczytajcie książkę !
Nagrodę za prawidłową odpowiedź wrześniową wylosowały:
Małgorzata Kaźmierska, Agnieszka Wilk, Agnieszka Włodarczyk
ZAGADKA VI - PAŹDZIERNIK 2011 r.
Małgorzata Kalicińska: "Widok z mojego okna: przepisy nie tylko na życie"
(…)O! Do tego cudu Marian robi latem 120 litrowych słoików przecieru z pomidorów. Jesienią zwozi samochodem z bazarku skrzynki z owalnymi pomidorkami, oskórowuje je we wrzątku, i do gara. Gotuje dzień, dodaje ciut soli, miksuje blenderem, i do weków! Kurę z bazaru, tę od baby z jednym zębem, sprawia i kładzie do garnka, z kawałkiem wołowinki (szponder, pręga) i skrzydłem indyczym, jak ma.
Nastawia wywar. Szumuje. Nie chce zdradzić, co do wywaru dodaje, ale sądzę, że to, co wszyscy. Kiedy idę koło ich domu, pachnie jak zacny, niedzielny rosół. Gdy mięso mięknie, Marian wrzuca włoszczyznę, a może i listek laurowy? Ze 2 kulki ziela? Lubczyk z mojego ogródka – na pewno! Zagotuje warzywa i idzie spać. Następnego dnia do wrzącego wywaru, z którego wyjął wszystko łyżką cedzakową, wlewa ten swój przecier. Kwaśny, z pesteczkami. Miesza i zagotowuje porządnie. Dodaje sól, pieprz i… łyżkę cukru. Dużą. (Zdradził mi to na weselu naszej sklepowej Moniki, jak już lekko się „perfumował”).
Do tego Śmietana, zawsze kupowana u Stefaniakowej, co handluje nabiałem u siebie w domu. Ma taką śmietanę, że się nie skłaczy w Marianowej zupie, a i dodatków smakowych, antykoagulantów i innych tam E – nie zawiera. No i Marian tą zupą szpanuje! A ten jego makaron. To już zupełnie inna bajka!(…)
MAŁGORZATA KALICIŃSKA
Absolwentka SGGW w Warszawie. Zanim zajęła się pisaniem powieści, wykonywała wiele zawodów. Była nauczycielką w technikum, w szkole podstawowej, w TVP1 zbierała materiały do programu „Kawa czy Herbata”, pracowała w Agencji Reklamowej Camco-Media- była jej współzałożycielką. Współpracuje z czasopismem „Bluszcz”. Popularność zyskała po ukazaniu się trylogii: „Dom nad rozlewiskiem”, „Powroty nad rozlewiskiem” i „Miłość nad rozlewiskiem”, na podstawie której nakręcono serial. Ma dwoje dorosłych dzieci.
„Widok z mojego okna: przepisy nie tylko na życie” to zbiór felietonów publikowanych w „Bluszczu”, ich tematem jest codzienność widziana z okna. Autorka przeplata przepisy na życie z przepisami kulinarnymi. Przedstawia swoje poglądy na wiele spraw, unika jednak moralizowania. Nie ukrywa, że jest Kobietą Domową, która bardzo lubi gotować. Pewne wydarzenia ze swojego życia, autorka bardzo często rozpatruje w aspekcie kulinarnym, przyczyniając się do częstego uczucia głodu u czytających. Trudno nie ulec pokusie przygotowania „marianowej” pomidorówki, zacnej kartoflanki, czy swojskiej kapuścianki na zimne dni! Pani Małgorzata jest również zagorzałą czytelniczką, pozwalającą sobie na jedzenie w trakcie czytania. W związku z tym proponuje nam przekąski, których konsumpcja nie grozi zabrudzeniem czytanych książek – kalarepka, marchewka lub też małosolniaczek. „Widok”…leczy duszę i drażni podniebienie a dewiza pisarki wydaje się prosta: „jeść pysznie i pięknie żyć”!
Nagrodę za prawidłową odpowiedź wylosowały:
Wanda Korczyńska, Anna Kubik, Halina Rewerenda
ZAGADKA VII - LISTOPAD 2011 r.
Joanne Harris: "Czekolada"
(…) Matka by powiedziała z dobrotliwą pogardą, że jestem alchemiczką niskiego lotu, domową czarownicą, kiedy mogłabym być cudotwórczynią. Ale ja lubię moją klientelę. Lubię patrzeć na małe walki wewnętrzne. Tak łatwo czytam z oczu i ust – chłopcu trochę rozgoryczonemu będą smakować pikantne pomarańczowe grajcarki; tej uśmiechniętej słodko nauczycielce morelowe serduszka; dla tej dziewczyny płomiennowłosej oczywiście mendiants, a dla energicznej wesołej kobiety czekoladki z orzechami. Dla Guillaume`a florentynki, które będzie jadł porządnie ze spodka w swoim schludnym kawalerskim domu. Apetyt Narcisse`a na trufle w grubej czekoladowej polewie świadczy o dobrym sercu mimo pozornej burkliwości. Caroline Clairmont będzie dziś w nocy śnić o toffee i obudzi się głodna i zirytowana. A dzieci… czekoladowe wiórki, białe guziki z zabarwionym vermiszelem, pain d`epices pozłacane na brzegach, marcepanowe owoce w gniazdkach z karbowanego papieru, fistaszki w czekoladzie, czekoladowa kora, mieszanka z odpadów w półkilowych pudełkach… Sprzedaję marzenia, małe przyjemności, słodkie nieszkodliwe pokusy, które zwabiłyby rzesze świętych do przebierania wśród orzechów i nugatów. (…)
Joanne Harris urodziła się w 1964 r. w Yorkshire w Anglii, gdzie mieszka z mężem i córką. Studiowała
w Cambridge. Zanim zaczęła pisać książki, byłą zielarką, księgową, nauczycielką języka francuskiego, grała w zespole rockowym. Kocha słodycze i pisanie o jedzeniu. Interesuje ją wszystko co francuskie (mama pisarki jest Francuzką). Akcje jej powieści toczą się głównie we Francji i widoczny jest w nich wpływ dwóch kultur- angielskiej i francuskiej. Zadebiutowała powieścią „Nasienie zła” w 1989 r., nie był to jednak udany debiut. Międzynarodowy sukces osiągnęła „Czekolada” przetłumaczona na ponad 40 języków i sfilmowana w 2000 roku.
„Czekolada” opowiada o tajemniczej Vianne i jej sześcioletniej córeczce Anouk, które przybywają do uporządkowanego francuskiego miasteczka Lansquenet. Trwa Wielki Post, tymczasem Vianne w miejscu starej piekarni na rynku otwiera sklep i kawiarnię z czekoladą. W dniu otwarcia główna bohaterka wręcza każdemu klientowi słodycze zgodne z jego oczekiwaniami, tak jakby dokładnie znała mieszkańców. Niektórzy zaczynają podejrzewać, że jest czarownicą! Sklep Vianne pełen kuszących aromatów i smaków, przyciąga niczym magiczne miejsce, które na zawsze zmienia swoich klientów. Nowe mieszkanki wzbudzają wiele kontrowersji i dzielą społeczność na swoich zwolenników i przeciwników. Zagorzałym wrogiem działań Vianne staje się miejscowy proboszcz. Za wszelką cenę próbuje przeszkodzić w zorganizowaniu „festiwalu czekolady” dla dzieci, zaplanowanego na nadchodzące święta wielkanocne. Autorka serwuje nam przewrotne zakończenie,
a większość wydarzeń rozgrywa się w aromacie gęstej, kuszącej czekolady.
Nagrodę za prawidłową odpowiedź wylosowały:
Anna Kubik, Luiza Paluchiewicz, Marzena Spyra-Grzesik
<<<WRÓĆ
|
|