sekretariat@biblioteka.gliwice.pl    ul. Kościuszki 17   Gliwice 44-100

Cała Polska
Dla dzieci

Komputerowy katalog elektroniczny OPAC
EBIB
Biuletyn Informacji Publicznej



     KONKURS NA EKSLIBRIS     EKSLIBRIS DLA DZIECI    IMPREZY    WYSTAWY    KALENDARIUM   



CZYTAMY HORSTA BIENKA
konkurs literacki
Gliwice 2010


ZAGADKI KONKURSOWE


ZAGADKA I - "Pierwsza polka""
MAJ 2010 r.

(…)Josel chętnie postawiłby matce pytanie, które już od dawna chciał jej zadać, ale nigdy dotąd nie zdobył się na odwagę. Może niedługo będzie już na to za późno, więc musi teraz zacząć i w ogóle, czy to prawda, co Ulla mu opowiadała, że jeśli chce się zostać sławnym pianistą, to trzeba pojechać do Warszawy do kościoła Świętego Krzyża, żeby pomodlić się tam do serca Szopena i pocałować kamień, w którym jest pochowane. W myślach ułożył już to pytanie, ale nie przechodziło mu przez usta. Ulla mogłaby go nazwać zdrajcą, a mama by go jeszcze wyśmiała i – czego obawiał się najbardziej – znowu by zaczęła mu dawać lekcje fortepianu. Dlatego zapytał o coś, co zdawało mu się mniejszą fantazją:
- Czy to prawda, że otrzymałaś zalecenie, żebyście już nie grali Szopena na lekcjach?(...)
- Tak przyszedł taki okólnik do wszystkich nauczycieli fortepianu z Reichsmusikkammer, że niemieccy pedagodzy powinni poświęcać więcej uwagi niemieckiemu dorobkowi muzycznemu, z narodowego obowiązku(…)


ZAGADKA II - "Podróż w krainę dzieciństwa. Spotkanie ze Śląskiem."
CZERWIEC 2010 r.

(…) Czy moi rodzice byli ze sobą szczęśliwi, nie wiem. Jakby nie było, spłodzili siedmioro dzieci, jedno umarło przy porodzie. Pobrali się w 1912 roku, w małym miasteczku Lublińcu, w którym wyrosła moja mama i które po plebiscycie w 1922 roku zostało polskim miastem. Wtedy przenieśli się do Gliwic, oddalonych zaledwie kilka kilometrów od nowej granicy, po niemieckiej stronie. Odkąd zapamiętałem moich rodziców, przeżyli już ze sobą ponad dwadzieścia lat – ja byłem najmłodszym dzieckiem, urodzonym w późnym wieku – i wtedy był już chyba między nimi pewien dystans. Ojciec mało troszczył się o dzieci. Z powodu dolegliwości astmatycznych wcześnie przeszedł na emeryturę i każdego dnia robił długie spacery przez las. Nas zabierał ze sobą nadzwyczaj rzadko. Matka natomiast troszczyła się o nas, kiedy tylko mogła. A mogła bardzo rzadko.
Gdyż zawsze próbowała jakoś dorabiać, nie wystarczała jej pensja drobnego urzędnika kolejowego na emeryturze.(…)


ZAGADKA III - "Zamek Königswald."
LIPIEC 2010 r.

Spotykały się każdego popołudnia punktualnie o piątej w Czerwonym Salonie, żeby wypić herbatę. Zwyczaj ten panował na zamku Königswald od wielu lat, ba, od dziesięcioleci. Wszyscy domownicy szlacheckiego pochodzenia zjawiali się na tej ceremonii, zapowiadanej zawsze uderzeniem w gong wiszący w hallu. Na tych herbatkach bywali sławni ludzie, politycy, pisarze, muzycy, znakomite umysły. Dzisiaj oczekiwano pewnego generała.
Herbatę podawał służący Kurth, czynił to od ponad pięćdziesięciu lat, jego ruchy były wolne i ceremonialne. Nie dlatego, że był taki stary, lecz ponieważ wymagał tego tradycyjny rytuał. Podawał w szarej liberii i białych rękawiczkach. Nikt nie zauważył, że dawniej prał je codziennie, a w piątym roku wojny już tylko raz w tygodniu. Rozstawiał najpierw filiżanki z porcelany miśnieńskiej ze złotymi wzorkami. Potem obchodził wszystkich stołowników z dwoma srebrnymi dzbankami. W lewej ręce niósł mniejszy dzbanuszek z esencją, a w prawej większy z gorąca wodą. Najpierw nalewał z mniejszego, a potem dopełniał wodą z większego, tę ostatnią czynność wykonywał bardzo powoli i czekał, aż gość powie danke, merci, spasibo albo gracie. Jeśli ktoś z obecnych był akurat pogrążony w żywej rozmowie i nie uważał, Kurth karał go dopełnieniem filiżanki po brzegi. Drugą rundę odbywał z dzbankiem mleka, cukierniczką i miską z herbatnikami, zachęcając gości, by się sami częstowali


ZAGADKA IV - "Brzozy i wielkie piece. Dzieciństwo na Górnym Śląsku."
SIERPIEŃ 2010 r.

Wszystko potoczyło się szybciej, niż myśleliśmy. Po styczniowej ofensywie Rosjan na łuku wiślanym, o czym dowiedzieliśmy się z pogłosek, zanim o tym w ogóle podano w wiadomościach, rozpoczął się chaos. Pociągi na Zachód były przepełnione, takie przychodziły już ze Wschodu, z Katowic, Królewskiej Huty. Pierwsi uciekinierzy przemknęli przez Gliwice, na chłopskich furmankach z narzuconym niewielkim dobytkiem, opowiadali oni, jak to niemieccy żołnierze bez walki panicznie porzucali swoje pozycje; toteż gdy oni usłyszeli świst katiusz, wyruszyli na swoich chłopskich furmankach. Byli grubo odziani i prosili o filiżankę gorącej herbaty, zapasów żywności mieli więcej od nas. Nie pragnęli niczego jak tylko przedostać się na drugą stronę Odry. W ogóle wszyscy pragnęli być na tamtym brzegu. Spodziewali się, że Odry Rosjanie nie przejdą.
Do szkoły chodziliśmy już raczej z ciekawości. Kilku tylko zjawiło się nauczycieli i w klasach uczniów była połowa. Nauczyciel Schermuly rozdzielił między nas białe opaski, które chyba jego żona poucinała z prześcieradła, na nich zaś musieliśmy wpisać atramentem jedno V i jedno S, co miało oznaczać Volkssturm. Według jego przemówień rosyjski walec roztrzaska się na granicy Rzeszy niemieckiej. Musimy im się tylko przeciwstawić z odpowiednim duchem bojowy. Nawet my dzieci nie wierzyliśmy w to, co mówił nauczyciel Schermuly.


ZAGADKA V - "Wrześniowe światło"
WRZESIEŃ 2010 r.

(…) Wszedł do kuchni i zobaczył zwykły obrazek: Anna leżąca na sofie z książką w ręku. Obojętnie, z której zmiany by nie wracał do domu, Anna już dawno zakończyła prace domowe, siedziała lub leżała na sofie i czytała. Nawet wojna nie mogła w tym nic zmienić. Dawniej pragnął czasami pożaru lasu, trzęsienia ziemi lub przynajmniej pęknięcia rury wodociągowej, żeby raz napotkać Annę w innej pozycji. Jednakże, w międzyczasie, zdążył się do tego przyzwyczaić.(…)
(…) Mimo sześciorga dzieci Anna Osadnik zawsze miała czas na lekturę.-Trzeba pracę zorganizować, wtedy szybciej można się z nią uporać. Organizacja jest wszystkim – zwykła mówić. Tak więc , co rano zaczynała gotować kocioł pełen zupy, który stał potem na piecu przez cały dzień i każdy mógł z niego jeść, kiedy i ile chciał. To prawda, zupa należała raczej do prostych, a mięsa trzeba było szukać chochlą, za to co dzień była inna. Mogło się zdarzyć, że w środę była ta sama kartoflanka co w poniedziałek, tylko zamiast z wędzonką – tym razem z podrobami wieprzowymi. Anna tak bardzo zajęta była swoimi powieściami, że czasami zapominała o rzeczywistości. Nie zdarzało się to jednak zbyt często, dzieci uważały, bowiem każdego dnia musiało jej pomagać w przygotowaniach inne dziecko. Dzieci robiły to zresztą z przyjemnością, gdyż Anna nie kazała im bynajmniej wykonywać wyłącznie najgorszych prac i nie tylko objaśniała im przepisy gotowania i pieczenia, lecz bardzo żywo i zajmująco opowiadała też treść powieści, którą właśnie czytała. Dlatego dzieci niemal pchały się do pomocy.(…)


ZAGADKA VI - "Opis pewnej prowincji"
PAŹDZIERNIK 2010 r.

…” Już na to wskazywałem, że Górnoślązak nie mówi żadnym określonym narzeczem, lecz wyuczoną w szkole „literacką” niemczyzną (Schriftdeutsch). Język polski ma wpływ na składnię Górnoślązaka. Tak jak Polak, chętnie stawia on orzeczenie na początku zdania:
"Kamen die Gendarmen, aber…" nieświadomy, że polska jest jego skłonność do stawiania przymiotnika po rzeczowniku - "Du Schwein schwarzes", "ein Haus hohes"; to samo dotyczy przysłówków: "hab ich ihm gesagt gestern". W tym przypadku pewną rolę może odgrywać tendencja do tego, by najważniejsze części zdania, zamiast na końcu , umieścić na początku. To jednak wskazywałoby na fakt, że mówiący najpierw musieli się uczyć niemieckiego i zachowali z niego to, co istotne, gdyż tak podpowiadała im ich świadomość językowa. A może trzeba by to przypisywać pewnej bojaźliwości ludzi niedouczonych językowo, którzy nie orientują się we współzależności języków. Mielibyśmy więc do czynienia z pośrednim wpływem polskim.
Na polski wpływ wskazuje też stosowanie czasu zaprzeszłego od być: "wo warst du gewesen" (zamiast: wo bist du gewesen – [przyp. tłum.]) – gdzie byłeś?. Chodzi tu o swoistą kontaminację czasu przeszłego dokonanego i czasu przeszłego niedokonanego. W niemczyźnie nie używa się zbyt często czasu przeszłego niedokonanego. Do tej kontaminacji mogło dojść, ponieważ Górnoślązak używa jedynie czasownika posiłkowego w czasie przeszłym niedokonanym. Jako formę czasu przeszłego zna on tylko perfekt….”


ZAGADKA VII - Czas bez dzwonów
LISTOPAD 2010 r.

(…) Josel przytrzymał się przedniej ławki, gdyż tramwaj nagle gwałtownie zahamował, zatrzymując się wreszcie. Musiał się teraz przesiąść do tramwaju jadącego w kierunku Bytomia i Szarleja. Czuł się tak, jakby go ktoś wyrwał z głębokiego snu. Był taki czas, kiedy potrafiłby oblecieć pół świata, pytając każdą ładniejszą dziewczynę, czy mogłaby go pokochać – a teraz nie miał nawet odwagi zapytać Ullę, czy będzie przynajmniej na niego czekać, dopóki wojna się nie skończy. Teraz wszystko było inaczej. W jedną noc Ulla stała się sławna, chociaż nie pojechali wcześniej do Warszawy, do kościoła św. Krzyża, żeby dotknąć owego filara, w którym zamurowane jest serce Chopina. Może o tym zapomniała? On na pewno nigdy o tym nie zapomni.
W towarzystwie tego grubasa z wyłupiastymi oczami wyjedzie niedługo na tournée. W żołnierskich lazaretach, w wielu miastach będzie grała Schuberta, Schumanna, czasami nawet Chopina. A on pójdzie na wojnę i już za kilka tygodni będzie leżeć w jakichś okopach, w brudzie i błocie, i zrównywać szczerbinę i muszkę karabinu z czymś zbliżającym się z naprzeciwka, co było kiedyś człowiekiem, człowiekiem na dwóch nogach. Nie, nie zapyta Ulli o nic, po prostu się na to nie zdobędzie; chciał tylko popatrzeć na nią w milczeniu i poczytać w jej twarzy, w jej oczach, w jej ruchach. Świadomość, że ktoś na niego czeka, znacznie by go uspokoiła. To pozwoliłoby mu tam na froncie wszystko łatwiej znosić. Być może lżej byłoby mu też umierać. Lecz mogła to sprawić tylko Ulla, nikt inny. (…)


ZAGADKA VIII - "Ziemia i ogień"
GRUDZIEŃ 2010 r.

(…) Później zawołano ją do telefonu. Usłyszała męski głos, głos Josela. Josel Piontek? Tak, oczywiście, to był jego głos, tak dawno go nie słyszała, nigdy przez telefon, musiała się dopiero przyzwyczaić. Josel z Gliwic. Pierwszy chłopiec, który ja pocałował.
Josel powiedział, że przywieziono go rannego do szpitala we Friedrichstadt, ale nie chciał wyjaśnić, o jaką ranę chodzi. Z jednej strony ją uspokajał, z drugiej dawał do zrozumienia, że koniecznie chciałby ją dzisiaj zobaczyć. Wzięła więc wolne i pojechała autobusem do Friedrichstadt. Siostrze Erice, z którą dzieliła pokój, powiedziała, że odwiedzi przyjaciela z młodości, ale wróci niezbyt późno, niech jej zostawi jedzenie w piecu. Wzięła ze sobą książkę od pisarza, do której włożyła zasuszony pierwiosnek ze swojego albumu, w miejscu, gdzie była dedykacja, której nie mogła odcyfrować.
Kiedy dotarła do szpitala, zrobiło się już ciemno. Chwilę trwało, zanim odnalazła właściwy oddział w ogromnym kompleksie szpitalnym, gdyż tutaj także, podobnie jak w jej sanatorium, było więcej ludzi niż miejsc. Josel Piontek leżał na oddziale dziewiątym; idąc korytarzem, cały czas myślała o dziewiątej stacji Drogi Krzyżowej: Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem.
Podczas walk o Strzelin granat urwał Joselowi lewe ramię. Od razu je prowizorycznie amputowano, ale wywiązało się zapalenie i trzeba było dokonać następnej amputacji, nieco wyżej. Ulla widziała ból i strach na jego twarzy, chociaż udawał wobec niej optymistę. To tylko lewe ramię, nie będzie go koniecznie potrzebował do pisania, bo coraz częściej myślał o tym, że pewnego dnia zostanie pisarzem, a do tego wystarczy mu prawa ręka (…)

<<<WRÓĆ



MIEJSKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA W GLIWICACH                                                            TEL/FAX (32) 238 25 10
design:agata@twardoch.pl